Zapytaj Praktyka Medycyny Ewolucyjnej

MIKOŁAJ “TESLA” MATYSIAK

ZAŁOŻYCIEL EVOHEAL.PRO

Telefon: +48 736 903 674

Mail: [email protected]

CZY DA SIĘ WYLECZYĆ Z DEPRESJI?

CZY DA SIĘ WYLECZYĆ Z DEPRESJI?
30/05/2018 Mikołaj Tesla
In Recepty EMTP™

Depresja to świadomość nieuchronności śmierci. A ta nas nie opuści tak długo, jak długo żyjemy. Dlatego odpuść strach przed śmiercią, odpuść strach przed depresją. Przyjmij ją tak, jak Ty tego chcesz. A chciej po swojemu. Bo ostatecznie wszyscy patrzymy na siebie przez ten jeden pryzmat – jak radzimy sobie ze świadomością tego, że na końcu i tak wszystko, co robimy nie będzie miało żadnej wartości, sensu, ani znaczenia. Bo na końcu jest tylko Życie i Śmierć.

Na dobrą sprawę życie zawsze kończy się tak samo. Jest game over. Tyle. Nic ze sobą nie zabierzemy na drugą stronę. W zasadzie nic, co mamy – tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Życie rodzi się, rozwija i umiera. W niekończącym się cyklu. I nic z tym zrobić nie możemy. Zero wpływu. Więc w sumie po co się zajmować czymś, na co wpływu nie mamy.

Może powinniśmy bardziej bać się niespełnionego życia, niż śmierci. Pierwszego być może uda się uniknąć. Drugiego chyba niesposób. Skoroi tak jedyne, na co mamy wpływ – to to, jak przeżyjemy nasze życie. A jeśli Cię to pocieszy – nawet, jak Ci się nie uda – to ostatecznie i tak nie ma to żadnego znaczenia. Bo śmierć dla wszystkich jest taka sama.

Życie natomiast, sprowadza się w zasadzie do jednego – ruchu. Ciągłego, niekończącego się ruchu. Od atomów, aż po galaktyki – ruch stwarza zmianę. A zmiana to jedyna stała w świecie, w którym żyjemy.

Brzmi depresyjnie? Nic dziwnego. Ostatecznie nic, co robimy nie ma większego znaczenia. Większość naszych czynności nie przekłada się na nic istotnego. Większość naszych myśli znika równie szybko, jak się pojawiło. Ich jedynym celem było wywołanie w nas ruchu, zmiany, emocji. I w zasadzie tyle. Życie jest sumą oddechów i doświadczonych emocji. Ruchem, przepływem informacji.

Ale skoro tak, to możemy ją sobie po prostu odpuścić. Przestać się tym przejmować. Przecież koniec dla wszystkich i tak jest taki sam. Więc w sumie kogo to obchodzi, co ktoś sobie pomyśli, powie, zrobi. Tak długo, jak nie dotyka nas to bezpośrednio – będzie równie ulotne, jak jeden z tysięcy oddechów, których doświadczamy każdego dnia.

A czyjaś opinia? To tylko próba sił. Próba wpływu. Dopóki za słowami nie stoją żadne czyny, nie mają żadnego wpływu. Chyba, że na to pozwolimy. Że zagramy w tą grę. Ale w sumie nikt nas nie zmusi. Sami zdecydujemy kiedy i pod wpływem czego się zaangażujemy lub nie. A każdy z nas ma jakieś zapalniki. Większość ma je totalnie nieuświadomione i w pełni zautomatyzowane. Jak u robota. Bodziec – reakcja.

Ludzie myślą, że są kimś więcej, że są kimś ponad światem zwierząt. Gówno. Większość ludzi nigdy nie wychodzi ponad stan umysłu krowy na pastwisku. A cały system dookoła nas doskonale radzi sobie z podtrzymywaniem ludzi w stanie ciągłego reagowania na bodźce. Ciągłego ruchu stymulowanego z zewnątrz przez tysiące małych rzeczy.

Ale to nie ma żadnego sensu, nic nie znaczy. Ot kolejna fala ruchu, zmiany, przepływu energii i informacji. I tak na końcu okazuje się, że nie znaczymy więcej w skali wszechświata, niż znaczą pojedyncze komórki w naszym organizmie.

Większość naszego ludzkiego doświadczenia jest właściwie poza nami. Nasze procesy fizjologiczne, oddechy, przepływ krwi, procesy metaboliczne. Zazwyczaj używamy naszego świadomego wpływu tylko, kiedy chcemy się wysrać, albo coś powiedzieć. Czasami nie da się nawet odróżnić jednego od drugiego.

Przyswajamy, trawimy i wydalamy informacje tak samo, jak jedzenie. Równie nieświadomie, bezrefleksyjnie, bez większego sensu. Tylko po to, żeby wydobyć jakieś emocje, wprowadzić ruch, jakąś zmianę.

Największą przecież porażką komunikacji jest brak reakcji ze strony drugiej osoby. Ignorowanie stanowi czasem równie silny bodziec, co uderzenie w twarz. A osoba, która mówi – choćby mówiła największe głupoty, banały, idiotyzmy – liczy, że otrzyma jakąś reakcję w zamian.

I tak się kręcimy w tym w kółko. Jak ten homiczek w klatce. Biegniemy. Nie wiedząc za czym. Nie wiedząc dlaczego. Wprawieni w ruch serią przypadkowych decyzji. Ktoś nam powiedział „biegnij”, więc biegniemy.

Ktoś nam powiedział „za jedzenie zapłacisz tyle i tyle”, więc płacimy. Gdzieś indziej to samo jest lepsze, tańsze, ale nam powiedzieli biegnij, więc biegniemy. Jak stado bezmyślnych owiec. Naszym pasterzem jest kolorowa twarz w pudełku, koleś przebrany w czarną sukienkę albo z turbanem na głowie, albo ktoś kto został naszym rodzicem.

W równie przypadkowym zbiegu okoliczności, jak tym, który sprawił, że gdzieś się urodziliśmy, mamy jakąś zawartość pigmentu w skórze, mamy do dyspozycji takie, czy inne wygody lub ich brak.

A przecież to wszystko jest zbieg przypadków. Seria różnych czynników, które się na siebie nałożyły. Większość ludzi z czasem zaczyna je akceptować. Godzić się na to, że ich punkt wyjścia będzie ich punktem dojścia. Żeby nie wyjść na błazna, po 140-sto znakowych zbitkach wyrazów będą pisać „#inspiracja”.

Żeby poczuć się lepiej. Żeby wmówić sobie i innym, że te słowa nie są jedynie czymś, co odpowiednio duża ilość małp z odpowiednią ilością czasu i prób też by poskładała na maszynie do pisania. Bo udało Ci się poskładać tą zbitkę szybciej, niż inne małpy. Wcześniej niż one.

Bo przecież „kto pierwszy, ten lepszy”. A jak lepszy, to przecież już prawie dobry. Nawet, jeśli lepszy znaczy „ledwie odrósł od korzenia”. Ale hej, przecież już jest „lepszy”. Albo „nowy”. Samo to już przecież znaczy, że jest lepszy. Bo jest inny. Ale przecież boimy się inności. Bo inność to zagrożenie. A zagrożenie to źle. I tak się kręcimy w kółko.

I już nie wiemy czy coś jest dobre, czy złe. I tak skaczemy od jednego do drugiego. I w ten sposób znowu mamy ruch. Ten ciągły ruch. Bo nic poza nim nie mamy. Nic poza tym ruchem najwyraźniej nie istnieje. Bo Życie to Ruch.

Nie trzeba spędzać 5-ciu lat na przerzucaniu książek, żeby otrzymać pozwolenie na używanie literek „M i G i R” przez nazwiskiem, albo tytułować się „psychologiem” – żeby to dostrzec. Wystarczy się rozejrzeć. Wystarczy popatrzeć na świat. Na ludzi. Na samych siebie. Zobaczyć ten nasz bezmyślny bieg. Nie wiadomo po co, nie wiadomo do czego. Sztuka dla sztuki. Bieg dla biegu. Każdy może to zobaczyć. Ale czy chce?

Bo, jak spojrzy to zobaczy bezsens tego wszystkiego. Poczuje samotność. Poczuje to zatrzymanie. Brak ruchu. Doświadczenie najbliższe temu, co znamy, jako śmierć. I tak rodzi się depresja.

Depresja to stan świadomości. Świadomości tego, że żyjemy w iluzji, kłamstwie, fikcji stworzonej po to, żeby potrzymywać ten stan ciągłego ruchu. Bo kiedy się zatrzymujemy – umieramy.

A im większe jest zatrzymanie, tym bliżej jesteśmy śmierci. I wtedy się okazuje, że świat szuka tego ruchu. Wciąż na nowo szuka sposobów na to, jak nas pobudzić, sprowokować, wkurwić, rozdrażnić, przestraszyć. Żeby wciąż na nowo wkładać nas na ten niekończący się kołowrotek.

Nie ma znaczenia, ile masz cyferek na koncie, jaki jest kolor Twojego samochodu i ile metrów ma Twoje mieszkanie. Ta jedna, uniwersalna świadomość – ruchu i stagnacji – jej doświadczyć możesz zawsze. Jej doświadczyć może każdy. Po prostu łatwiej jest udawać. Udawać, że tego nie widzimy. Że to jest dla nas ok. Że chcemy w to grać.

Bo łatwiej jest udawać. Bo łatwiej jest wmówić sobie, że coś ma sens. Że kolejny ciuszek, kolejne auto, kolejna rozegrana gra, obejrzany film, zrobione zakupy – że cokolwiek z tych rzeczy ma jakiś sens. Że cokolwiek z tego jest prawdą. Ale na końcu znajdziemy tylko te dwie siły. Ruch i Zatrzymanie. Chaos i Harmonię. Życie i Śmierć.

Dlatego nie pytaj mnie o to, jakie jest wyjście z depresji. Bo to tak, jak by zapytać o to, jakie jest wyjście z życia. I ostatecznie – może to jedynie kolejna banalna racjonalizacja, udawanie przed samym sobą – ale może jedyne, co nas odróżni od siebie, to fakt, na jakich warunkach odejdziemy. Na jakich warunkach znajdziemy harmonię. Na jakich i czyich warunkach przeżyjemy razem z tą depresją pod pachą.

I nie mam dla Ciebie odpowiedzi. Bo moją jedyną motywacją do tego, żeby tolerować moją własną świadomość – nazywaną przez udawaczy i impotentów intelektualnych – depresją, jest fakt, że ta depresja jest moją depresją. I będę nią zarądzał na moich własnych warunkach. I nikt mi nie będzie mówił, jak mam sobie z nią radzić. Ja płacę za swoje decyzje. Ja zatem decyduję o tym, jaką chcę mieć relację ze swoją depresją.

Bo o depresji można zapomnieć, schować ją – ale ta świadomość zawsze będzie się gdzieś w nas tliła. I to nasza depresja będzie naszym ostatnim oddechem. Ta depresja będzie z Tobą tak długo, jak masz w sobie świadomość, że życie to tylko iluzja, gra, historia, którą sobie opowiadamy. Sobie i innym.

Nikt nie ma prawa mówić, jak masz opowiedzieć swoją depresję. Ona jest Twoja. Ja pierdolę opinię ludzi na temat mojej depresji. Każdy kto jest obecny w moim życiu lub w nim będzie – kiedyś przecież odejdzie. Prędzej czy później. Depresja pozostanie ze mną zapewne do końca. Nie pozbędę się jej. Ale mogę wziąć ją na moich warunkach.

Tyle zrobić mogę na pewno. Nie ma innej prawdy dla nas. Nie ma lekarstwa. Nie ma braku depresji. Jest tylko nasza reakcja na świadomość, że na końcu wszyscy zobaczymy wielkie, pierdolone GAME OVER. I nic z tym nie zrobimy.